Półmetek rundy zasadniczej Ligi Bociana za nami!
Czwarta kolejka zmagań w ramach Ligi Bociana rozpoczęła się od meczu zespołów EDEN oraz TZŁ GREEN HORNETS. Zawodnicy z Trzcianki po świetnym meczu z Czarnym Lotosem, mieli wielką ochotę napsuć krwi zdecydowanemu liderowi grupy A. Dla przypomnienia rok temu po bardzo wyrównanym meczu Eden wygrał różnicą tylko jednej bramki. Niestety nic z tego Eden od początku dobrze wszedł w mecz. Napastnicy Edenu dobrze prowadzili gre. Wymieniali celne podania, świetnie wspierała ich linia defensywna. Obrona grała bardzo wysoko co skutkowało super skutecznym pressingiem. Dość szybko w notesie sędziego pojawił się wynik 2-0 dla Edenu.
W pierwszej części spotkania nie zabrakło zaangażowania i woli walki zawodnikom TZŁ. Natomiast wszystkie akcje zaczepne z ich strony były źle rozgrywane i kolejne bramki strzelał aktualny lider rozgrywek. Zawodnicy z Trzcianki udowodnili w tym sezonie, że nie potrafią odrabiać strat i za każdym razem gdy starali się to robić inkasowali kilka trafień do własnej bramki. EDEN od początku sezonu potwierdza wysoką klasę i praktycznie bez większych problemów odsyła kolejnych rywali inkasując im pokaźną ilość bramek. Większość osób uważało, że dzieje się tak za sprawą lidera klasyfikacji strzeleckiej, ale w meczu z TZŁ Damiana Gałązki nie było na boisku. Byli natomiast Adam Duda i Damian Brejnak, którzy naładowali akumulatory w Polskich górach i w miniony piątek dali popis swoich umiejętności w Brańszczyku. Michał Laska i Patryk Akier dotrzymywali im kroku w tym meczu i zawodnicy z Trzcianki byli w każdej akcji spóźnieni. Zawodnicy GREEN HORNETS musieli wreszcie zagrać wyżej by gonić wynik. Odbiło się to czkawką. Odkryta Trzcianka była dla Edenu wodą na młyn. EDEN bez problemu rozbijał ataki rywali i wyprowadzał śmiertelnie skuteczne kontry. Bramka Dominika Tymińskiego nie wskrzesiła w tym meczy TZŁ GREEN HORNETS, a była jedynie trafieniem na otarcie łez po wyraźnej porażce z rewelacyjnie grającym Edenem. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 7:1.
Drugim spotkaniem w piątkowy wieczór było starcie pomiędzy zespołami BBS i FC BORGONA. Mecz zaczął się dość ospale. Kolejne minuty spotkania mijały bardzo powoli, a minimalną przewagę w tej części gry mieli zawodnicy Borgony.
Pierwsze poważne zagrożenie BBS stworzył po stałym fragmencie gry, wrzut z narożnika boiska wykorzystał Michał Szymański i strzałem w „okienko” zapewnił jednobramkową przewagę swojej drużyny do przerwy. W drugiej połowie Borgona wzięła się za odrabianie strat, liczne akcje pod bramką przeciwnika niestety nie przynosiły uprawnionych efektów. Przez pewien okres tego spotkania zawodnicy obu drużyn wzięli sobie chyba za punkt honoru wybicie jak największej ilości piłek poza ogrodzenie boiska, nie przewidzieli jednak, że nauczeni doświadczeniami z poprzedniego sezonu organizatorzy dokonają wszelkich starań aby nie było długich przerw w grze. Szaleńcze ataki Borgony i ilość oddanych strzałów w końcu przyniosła upragniony efekt i wyrównanie w tym meczu. Tuż przed ostatnim gwizdkiem sędziego FC BORGONA zdobyła jeszcze jedną bramkę, bardzo ładnym strzałem z dystansu po długim rogu 2:1 wynik spotkania ustalił Krystian Wyszyński. BBS z kolejki na kolejkę gra coraz lepiej i biorąc pod uwagę dyspozycję swoich najbliższych rywali może zdobyć niebawem pierwsze punkty w Lidze Bociana.
Kolejne ligowe spotkanie pomiędzy zespołami JAWOR i LSFC rozpoczął się bardzo szybko, idealne podanie od Pawła Brylla wykorzystał Damian Komorowski, który minął bramkarza i z ostrego kąta spokojnie skierował piłkę do pustej bramki. Jawor odpowiedział strzałem z dystansu, ale Sośnicki nieznacznie się pomylił w tej sytuacji i piłka minimalnie minęła bramkę rywali. Kolejna ciekawa akcja LSFC zakończona została przez bramkarza Jaworu, który w sytuacji sam na sam wybił piłkę na rzut rożny. Szybko wykonany wrzut rożny zaskoczył defensywę jaworu i przeciwnicy prowadzili 2:0. Straty do rywali bardzo szybko mógł zmniejszyć Kamil Wiśniewski, ale jego strzał głową z bliskiej odległości do bramki okazał się niecelny. Bardzo dobrze w tym meczu prezentował się już wcześniej wspomniany Paweł Bryl, który przy dwóch pierwszych trafieniach popisał się ostatnim podaniem.
Nie inaczej było przy trzecim golu dla LSFC, ale tym razem najpierw przerzucił piłkę nad rywalem, a potem wyłożył ją zewnętrzną częścią stopy do kolegi z drużyny, który znajdował się przed polem karnym i podwyższył wynik spotkania na 3:0. Zespół LSFC podszedł do tego meczu bez żadnego zmiennika i w momencie doznania kontuzji przez jednego z graczy przebywających na boisku ich sytuacja, pomimo wysokiego prowadzenia, była niepewna. Musieli oni rywalizować w końcówce pierwszej połowy sześciu na siedmiu na szczęście dla nich Jawor nie potrafił wykorzystać przewagi liczebnej na boisku. W drugiej odsłonie spotkania LSFC uzupełnił skład, kontuzja jednego z zawodników okazała się tylko stłuczeniem. Początek drugiej połowy obfitował w akcje pod obiema bramkami, zdecydowanie lepiej wykorzystali ten okres zawodnicy Jaworu, którzy wykorzystali możliwość rozegrania piłki z narożnika boiska i zdobyli pierwszą bramkę w tym meczu. Kolejny wrzut rożny dla Białegobłota paradoksalnie wykorzystali rywale i dzięki szybkiemu kontratakowi zwiększyli swoją przewagę. Chwilę potem fatalnie w polu karnym zachował się bramkarz LSFC i przez jego nieuwagę Damian Sośnicki zdobył drugą bramkę dla Jaworu. Brak zmian w drużynie LSFC zaczął być wyraźnie zauważalny, zawodnicy starali się zwalniać grę i wycofywać do obrońców, Jawor wyszedł wyżej, przycisnął rywala i w ten sposób zdobył kolejną bramkę nawiązując kontakty z przeciwnikiem. Bramkarz Białegobłota chyba pozazdrościł swojemu vis-a-vis błędu, w kolejnej akcji utrudnił swojej drużynie sytuację w tym meczu wrzucając piłkę do własnej bramki przy stosunkowo łatwym do zablokowania strzale. Piłkarze Jaworu nie poddawali się i konsekwentnie atakowali zmniejszając sukcesywnie rozmiary porażki. Po doprowadzeniu do remisu zawodnicy Jaworu mieli kilka sytuacji dzięki którym mogli ten mecz wygrać, ale nie mieli w nich szczęścia i piłka lądowała w rękawicach bramkarza lub na poprzeczce bramki.
W ostatnim piątkowym meczu spotkały się FC BRAŃSZCZYK oraz CZARNY LOTOS. Był to bardzo ważny mecz dla układu tabeli grupy A i od początku meczu było to widać. Lotos rzucił się od razu do zdecydowanych ataków i po kilku minutach Kamiński strzelił na 1:0. Po straconym golu FCB się obudziło i po uderzeniu głową Mateusz Drobot wyrównał wynik spotkania na 1:1. Piłkarze Lotosu po utracie bramki przeprowadzili kilka składnych akcji i po jednej z nich Kamiński ponownie wpisał się na listę strzelców. Czarny Lotos dostał wiatru w żagle po tej bramce i szybko na 3:1 podwyższył bardzo aktywny w tym meczu Jacek Markowski.
Początek drugiej połowy dla FCB zaczął się fatalnie nie zdążyli rozegrać akcji, a Jacek Markowski ponownie cieszył się z bramki. Akcja bramkowa na początku drugiej połowy była chyba jedną z najszybszych w tegorocznych rozgrywkach po wznowieniu piłki od środka boiska. Wysokie prowadzenie rozluźniło zespół Lotosu co wykorzystali gospodarze i po kilku szybkich akcjach Mateusz Drobot strzelił kolejną bramkę w turnieju. FCB uwierzyło, że jeszcze mogą w tym meczu powalczyć i zaczęli bombardować bramkę przeciwnika. Długo nie trzeba było czekać na efekty po strzale zza pola karnego Tomasza Depty na tablicy wyników zrobiło się 4:3. Lotos zaczął bronić wyniku i cofnął się za bardzo do obrony co wykorzystało ponownie FCB, tym razem walczący z wcześniej wspomnianym Markowskim o każdą piłkę Paweł Deluga wpisał się do notesu sędziego wyrównywując wynik spotkania na 4:4. W końcówce meczu Lotos pokazał, że w piłce zawsze gra się do końca i po bombie zza pola karnego na 5:4 podwyższył Daniel Modzelan. Gospodarze chcieli jeszcze wyrównać, ale niestety zabrakło im czasu i zwycięsko z boiska schodzili piłkarze Lotosu. CZARNY LOTOS w tym meczu stanął do rywalizacji z bardzo słabo obsadzoną bramką. Na tej pozycji zagrał przypadkowy zawodnik z pola ponieważ w meczu sparingowym przed rozpoczynającymi się niebawem A-klasowymi rozgrywkami bardzo poważnego urazu nabawił się Marcin Zając – bramkarz Lotosu. Problem z obsadzeniem tej pozycji może okazać się dla Czarnego Lotosu znaczącym problemem w dalszej cześć rozgrywek, ale trzymamy kciuki, a Marcinowi życzymy szybkiego powrotu na boisko.
Czwarta kolejka w grupie B rozpoczęła się od derbowego meczu pomiędzy drużynami FC NOWE BUDY i COPACABANA. Pierwsze fragmenty meczu należały bezspornie do tych pierwszych, co udokumentowali bramką w 10 minucie spotkania za sprawą Przygody.
W końcówce pierwszej połowy niespodziewanie wyrównała jednak Copacabana i to do nich należało ostatnie pięć minut pierwszej odsłony tego meczu. Druga połowa to już duża przewaga fiołków. Już na początku wyszli na prowadzenie po bramce Mateo Droboticia. Nowe Budy nie miały pomysłu na grę i próbowały strzałów z daleka, które zmuszały świetnie spisującego się w tym meczu bramkarza Copacabany do licznych interwencji. Po jednej z nich COPACABANA wyprowadziła szybką kontrę i za sprawą Patryka Osowieckiego ustaliła wynik meczu na 3:1. W ostatniej akcji świetną sytuację sam na sam zmarnował Mateusz Drobot, lecz to nie przeszkodziło w zdobyciu 3 punktów w tym meczu przez drużynę Copacabany. Warto wspomnieć, że ta drużyna nie przegrała jeszcze meczu w obecnych rozgrywkach i jest głównym kandydatem do zajęcia jednego z pierwszych czterech miejsc i wyjścia z grupy.
Drugim z niedzielny spotkań w tej kolejce była potyczka pomiędzy zespołami FC PORĘBA i DŁUGOSIODŁO. Statystyki obu drużyn nie stawiały żadnej z ekip w roli faworyta. Pierwsza połowo idealnie zobrazowała przedmeczowe podejrzenia wielu osób. Mecz był bardzo wyrównany z lekką przewagą Długosiodła. Obie ekipy przeprowadziły kilka ciekawych akcji ofensywnych, które namieszały w obranie rywala.
Do przerwy zarówno DŁUGOSIODŁO jak i FC PORĘBA strzeliły po dwie bramki i ich zawodnicy z optymizmem wyszli na drugą odsłonę spotkania. Przerwę na omówienie sytuacji na boisku lepiej wykorzystał DGS i po zmianie stron zaczął wyraźnie przeważać na boisku. Bardzo duże znaczenie miał w tym meczu fakt, że ekipa z Długosiodła wzmocniła się przed spotkaniem zawodnikiem dobrze znanym lokalnym sympatykom piłki kopanej. Mowa tu o Damianie Brejnaku, który w zeszłej edycji rozgrywek nominowany był do MVP turnieju i minimalnie przegrał w przeprowadzonym głosowaniu. Szturm na bramkę Poręby przyniósł cztery kolejne trafienia dla DGS, w tym dwukrotnie na listę strzelców wpisał się wcześniej wspomniany Brejnak. Wynik 6:2 mówił już tylko jedno „Długosiodło wyjeżdża dziś z Brańszczyka z tarczą nie na tarczy”. Zespół z Poręby pokazał w tym spotkaniu ducha walki i do samego końca próbował odrobić straty. Niestety stać ich było już tylko na jedną bramkę zzdobytą po stałym fragmencie gry. Mecz zakończył sie wynikiem 6:3 dla ekipy DŁUGOSIODŁO.
Kolejny z niedzielnych meczy pomiędzy PBS WYSZKÓW i JOGA BONITO mógł nie dojść do skutku z powodu braku zawodników po stronie pierwszego z wymienionych zespołów. Ostatecznie rozegrali oni spotkanie z 6 zawodnikami przeciwko licznej kadrze Jogi Bonito. PBS mimo tego nie poddał się na starcie, walczył i pracował sumiennie na boisku, lecz to drużyna z Trzcianki strzeliła pierwszego gola za sprawą Dominika Pawłowskiego.
Bankowcy nie dali za wygraną i licznymi kontrami próbowali zmienić wynik spotkania. Udało im się to dzięki bramce Marcina Myśliwca, który strzelił nie dając żadnych szans Karolowi Uchalowi. W drugiej połowie to Joga sprawiała wrażenie grającej w osłabieniu i aż dziwne że PBS nie zdobył bramki w tej części spotkania, zawodnicy z Wyszkowa naprawdę pokazali że potrafią grać w piłkę w osłabieniu lecz brak zawodnika daję się we znaki. Zawodnicy Jogi przeczekali dominację rywala po czym Jakub Wierzchoń podał na lewe skrzydło do Dominika Pawłowskiego, a ten silnym strzałem ponownie umieścił piłkę w siatce. Do końca spotkania mogliśmy zaobserwować interesujące widowisko, pomimo licznych strzałów Joga Bonito nie mogła pokonać „zmiennego” bramkarza PBS lecz ostatecznie w ostatnich sekundach meczu gdy akcję prowadziła drużyna PBS piłkę przejął Jakub Wierzchoń i podał długą piłkę do Dominika Pawłowskiego, który umieścił piłkę na pustą bramkę i skompletował hat-trick w tym meczu. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:1.
Ostatnim spotkaniem tej kolejki był mecz młodego zespołu RED POWER kontra doświadczonego FC WIDELEC. Przebieg meczu był do przewidzenia, dużo goli oraz ładnych akcji ze strony FC. Tak się jednak nie stało. Co prawda od początku meczu przewagę miał WIDELEC. Po pierwszym błędzie w obronie gola dla FC zdobył Andrzej Akier. Płaski strzał z bliska i broniący w RED POWER Patryk Kulesza był bez szans. Szybkie wyrównanie nastąpiło po rożnym, dobra wrzutka zamieszała w defensywie i napastnicy RED na raty zdobyli gola. Kolejną świetną okazję do zdobycia gola zmarnował Akier. Po wrzucie z autu strzał z głowy wylądował na spojeniu bramki. Od tego momentu POWER wzięło się ostro do roboty. Zaczęli szukać swoich szans na objęcie prowadzenia. Udało im się kilka świetnych podań pod bramką rywala. Był również świetny strzał z daleka, ale doskonałą obroną w tej sytuacji popisał się bramkarz. Przy takiej grze RED POWER naraziło się na kontry. I tak się właśnie stało.
Akier dobrze zabrał się z piłką i wyszedł sam na sam z bramkarzem. Zdecydował się na podanie do dobrze wbiegającego kolegi. Podanie jednak nie było celne i piłka wyszła na aut bramkowy. Napastnicy FC nie wrócili dobrze do obrony i z kontrą tym razem ruszyli zawodnicy RED, akcję strzałem z daleka zakończył Jakub Jechna, ale ponownie świetnie obronił bramkarz Wyszkowskiej ekipy. Pierwszą połowę zakończył źle rozegrany stały fragment gry przez ekipę Widelca co skutkowało wybiciem piłki przez obrońców rywala. Druga połowa rozpoczęła się tak jak pierwsza. WIDELEC mocno zaatakował, jednak z takiej gry nic nie wychodziło. Ataki były mizerne, brakowało celnych strzałów. Pierwszy celny strzał WIDELEC oddał dopiero po 5 minutach gry, lecz wszystko podało łupem Patryka Kuleszy. Bramkarz RED POWER rozegrał naprawdę dobre zawody. Z biegiem czasu mecz zaczął się wyrównywać i FC WIDELEC tracił swoją przewagę. Doskonale pokazał się pod koniec meczu jeden z napastników RED, który w pięknym stylu okiwał dwóch rywali po czym został sfaulowany w brzydki sposób. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 1:1 i to jak na razie największa niespodzianka turnieju. Liczymy na kolejne!